Copy LinkXFacebookShare

Ziemniaki sadzone nadal głównie z samozaopatrzenia

– Przez 42 lata pracuję w ziemniaku, a takich cen za ziemniaki jadalne, jak w obecnym roku, jeszcze nie widziałem – mówił Wojciech Nowacki, prezes Stowarzyszenia Polski Ziemniak i kierownik Oddziału Instytutu Hodowli i Aklimatyzacji Roślin-Państwowego Instytutu Badawczego w Jadwisinie.

Zaznaczył to podczas posiedzenia sejmowej komisji rolnictwa. Wówczas wiceminister Rafał Romanowski podkreślał, że ziemniaki mimo spadku powierzchni upraw mają nadal znaczący udział w strukturze zasiewu.

Według GUS w 2018 r. zostały wysadzone na powierzchni około 297 tys. hektarów. Stale zwiększa się wydajność tej produkcji.

– W 2018 r. w Polsce zebrano ponad 7,5 mln ton ziemniaków przy średnim plonie powyżej 25 ton z ha. Dla porównania podam, że w 2004 r. średni plon wyniósł 19,3 tony z ha – podawał Romanowski.

Jak dodawał, potencjał produkcyjny nie jest w pełni wykorzystany m.in. ze względu na występowanie na terenie kraju bakterii – sprawcy bakteriozy pierścieniowej ziemniaka. Ale w ostatnich latach udało się znacząco obniżyć poziom porażenia krajowych plantacji – z 23 proc. partii ziemniaków towarowych w 2004 r. do 6 proc. w sezonie 2017/2018.

Dalszy postęp w tej kwestii ma nastąpić w wyniku realizacji przyjętego 21 września 2018 r. "Programu dla polskiego ziemniaka", gdzie jako podstawową metodę walki z chorobą przyjęto zapewnienie zdrowego materiału nasadzeniowego.

– W Polsce w dużym stopniu nadal wykorzystywane są do nasadzeń ziemniaki z tzw. samozaopatrzenia, a więc o nieznanej zdrowotności – przypomniał wiceminister rolnictwa.

Wojciech Nowacki naświetlał, jak wygląda produkcja kwalifikowanych sadzeniaków. W 2015/2016 r. było 120 tys. ton, w 2016/2017 r. – 147 tys. t, w 2017/2018 r. – 148 tys. t, w 2018/ 2019 r. – 153 tys. t. Do tego dochodzi import, po którego dodaniu te liczby to: od 155 t do 172 tys. t kwalifikowanego materiału sadzeniakowego.

Natomiast przy powierzchni około 300 tys. ha zużywamy około 800 tys. ton, czyli jest spory deficyt kwalifikowanego materiału. Jest on generowany w zależności od kierunku produkcji. Tam, gdzie jest najwyższa opłacalność, poziom używania kwalifikatów wynosi nawet 48 proc. (produkcja frytek i chipsów).

A przy produkcji wielokierunkowej w małych gospodarstwach o niskiej technologii – to ledwie 3,6 proc. Ogółem ok. 20 proc., czyli 1/5 powierzchni jest obsadzona kwalifikatem.

– Ale nie dajmy się zwariować. Nigdzie na świecie nie ma takiej sytuacji, żeby było stosowanych 100 proc. kwalifikatów, to jest gdzieś w granicach 50-60 proc. – oceniał ekspert.

Podniósł również kwestię ograniczonej zasobności finansowej polskich rolników. Każdy z nich najpierw myśli, w jaki sposób obniżyć koszty. A średnia cena za kwalifikat za ostatni rok wynosiła 1441 zł.

– Rolnik musi kupić 2,5 tony, czyli to wychodzi załóżmy 3,5 tys. zł. A to są olbrzymie pieniądze dla rolnika. W związku z tym jest taka, można powiedzieć, chytrość, że po co wydać 3,5 tys. zł, skoro mam własny materiał, za który dostanę nie więcej jak 300-400 zł za tonę. Więc aż mnie korci i nawet niech stracę, ale zasadzę własne. To jest ta filozofia myślenia – wskazywał Wojciech Nowacki.

A w uprawach pod przetwórstwo przemysłowe jest inaczej – gospodarze słyszą: masz uprawiać taką i taką odmianę.

– Najczęściej odmiany do przetwórstwa spożywczego są odmianami o bardzo niskiej odporności na choroby wirusowe. Czyli czy chciał, czy nie chciał, on musi kupić materiał sadzeniakowy kwalifikowany i co roku go sadzić. W skrócie taki jest mniej więcej obraz sytuacji – podsumował Nowacki.

Zobacz nas w Google News

nowy obszar wsparcia, WPR 2023–2027, organizacje producentów, Stefan Krajewski, MRiRW, wołowina, wieprzowina, dopłaty, rolnictwo, inwestycje
Hodowla

Nowy obszar wsparcia. Nawet 500 tys. euro

Aktualności

Żniwa 2026. „Rolnicy myślą, czy przeżyją ten rok”

Aktualności

Wyprzedzanie ciągnika – niebezpieczny manewr zagraża rolnikom