Copy LinkXFacebookShare

Posłowie PiS chcą ratować małych producentów mleka

Z produkcji mleka nie powinny wypadać małe, rodzinne gospodarstwa, bo to one produkują towar najlepszej jakości; polska branża mleczna potrzebuje korekty – mówili uczestnicy środowego posiedzenia sejmowej Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi.

Z danych, które przedstawiła w środę Polska Federacja Hodowców Bydła i Producentów Mleka, wynika, że w Polsce jest ponad 776 tys. krów w ok. 20 tys. gospodarstw.

Większa część produkcji przeznaczana jest na eksport; Polska jest czwartym producentem mleka w UE. Z roku na rok wzrasta też konsumpcja wewnętrzna – na koniec 2015 roku wynosiła 213 kg, a na koniec 2016 roku wzrosła do ponad 216 kg.

Federacja ocenia, że słabą stroną polskiego rynku mleka jest rozproszenie produkcji. Jak wskazuje – choć liczba gospodarstw mlecznych z roku na rok spada, a proces koncentracji postępuje, to jednak – jak wynika z danych za 2015 r. – gospodarstwa najmniejsze, czyli do 9 sztuk, stanowią nadal ponad 70 proc., a gospodarstwa duże – powyżej 100 sztuk – na których oparta jest cała produkcja, stanowią niecały 1 proc.

Federacja, która od 2006 r. prowadzi ocenę wartości użytkowej bydła, wyliczyła, że w gospodarstwach przez nią ocenianych średnia liczba krów na gospodarstwo, to nieco ponad 37.

Jednak nie wszyscy uczestnicy środowego posiedzenia komisji rolnictwa ocenili, że koncentracja produkcji i powiększanie stad, to zjawisko pozytywne.

Zdaniem wiceprzewodniczącego komisji Krzysztofa Ardanowskiego (PiS) koncentracja hodowli, choć faktycznie doprowadziła do zwiększenia produkcji, to jednocześnie doprowadziła do tego, że z rynku wypadło wiele małych rodzinnych gospodarstw rolnych. Dlatego – jak przekonywał Ardanowski – w Polsce potrzebna jest korekta w branży mlecznej, a małym gospodarstwom trzeba zapewnić warunki stabilnego rozwoju.

Mówimy, że podstawą polskiego rolnictwa są gospodarstwa rodzinne, z drugiej jednak strony, to co się wydarzyło w produkcji mleka jest zaprzeczeniem tej tezy – kontynuował Ardanowski. Jego zdaniem przekonanie, że globalna konkurencja wymaga coraz większej koncentracji, jest – w przypadku Polski "myśleniem na krótką metę".

Jak mówił, w porównaniu z amerykańskimi stadami liczącymi po 8 tys. sztuk, fermami z Australii czy Nowej Zelandii, polskie – nawet największe hodowle, "to karły".

Dlatego – jak dowodził Ardanowski – myślenie o tym, by w konkurencji z nimi umieścić polskie mleko, np. na rynku chińskim – bo tylko taka skala jest w stanie zapewnić nam konkurencję – jest krótkowzroczne. – Wcześniej, czy później my tej konkurencji nie sprostamy – przekonywał.

Jak wskazywał, Polsce powinno zależeć na utrzymaniu zdywersyfikowanej produkcji rolnej, a w przypadku mleka, producenci z małych gospodarstw rzecz jasna nie będą dostarczać go na rynki globalne, trzeba jednak stworzyć takie warunki, by mogli sprzedawać swoje produkty na rynkach lokalnych.

Chodzi m.in. o presję cenową, wywoływaną przez sieci handlowe.

O niebezpieczeństwach związanych z postępującą industrializacją hodowli i zwiększaniu stad, mówił również dr Marcin Gołębiewski z Zakładu Hodowli Bydła SGGW. Jak powiedział, dziś trudno zobaczyć krowę z okna pociągu, bo małe gospodarstwa rolne pozbywają się ich, a zwierzęta te są bardzo ważnym elementem ekosystemu i ich brak ma swoje skutki ekologiczne. Jego zdaniem, pozbywając się produkcji bardziej zrównoważonej, przyjaznej środowisku, traci się możliwość wypracowania przewagi konkurencyjnej, która powinna być oparta na dobrej jakości.

Jak mówił, w wielkich stadach zwierzęta utrzymywane są alkierzowo (czyli przez cały czas przebywają w oborze – PAP) i są bardzo intensywnie odżywiane. Taki rodzaj hodowli jest jednak bardzo kosztowny, więc, by osiągnąć zysk, potrzebna jest wielka skala produkcji. Jednak – jak podkreślał – ten rodzaj działalności nie gwarantuje produktu wysokiej jakości.

Zobacz nas w Google News

Aktualności

Policjanci odzyskali skradziony ciągnik. Dwie osoby staną przed sądem

Hodowla

Choroba niebieskiego języka. Aż 28 nowych ognisk!