Panele podążające za słońcem

Poleć
Udostępnij
Skomentuj
Autor tekstu: Kamila Perkowska | perkowska@apra.pl
19-10-2015,2:35 Aktualizacja: 19-10-2015,22:39
A A A

Nowatorska instalacja fotowoltaiczna w podwarszawskim Chotomowie budzi nie tylko ciekawość okolicznych mieszkańców. - Przyjeżdżają ludzie z całej Polski, żeby zobaczyć duże panele fotowoltaiczne zainstalowane na tzw. trackerach, które obracają się podążając za ruchem słońca – mówi Marcin Mizgalski, właściciel przydomowej elektrowni.

O tym, że Marcin Mizgalski stanie się entuzjastą odnawialnych źródeł energii, zadecydowała przede wszystkim ekonomia. – Kilkanaście lat temu wyprowadziłem się z Warszawy na wieś – do Chotomowa. Chciałem mieć lepszy kontakt z naturą. Ale jak każdy człowiek wychowany w bloku, nie miałem pojęcia z czym to się wiąże – przyznaje.

– Szybko odkryłem więc, że już nie wystarczy proste odkręcenie kaloryferów, żeby ogrzać dom. Za swoją początkową niewiedzę, w pierwszym sezonie grzewczym, korzystając z butli z gazem, zapłaciłem za ogrzewanie i ciepłą wodę około 20 tys. zł. I nagle sprawy, które nigdy nie były obszarem mojego zainteresowania, stały się dominującym elementem życia – śmieje się.

Na początek pompa

Marcin Mizgalski nie ukrywa, że pierwszy sezon był dla niego nauczką. – Wiedziałem, że sytuacja nie może się powtórzyć, że muszę znaleźć sposób na obniżenie rachunków. Spędziłem wiele wieczorów szukając informacji, m.in. w internecie, czym zastąpić gaz butlowy.

Zaczął nietypowo. Wybrał się do Niemiec. – Pojechałem do dużej niemieckiej firmy i wskazałem palcem w ich katalogu, że potrzebuję takiej pompy ciepła – wspomina dziś z rozbawieniem. W ten jednak sposób 15 lat temu jego dom stał się na dwa lata domem pokazowym dla pomp ciepła niemieckiego producenta.

Potem przyszła kolej na kolektory słoneczne do podgrzewania wody. Zamontowane na dachu służyły gospodarzom przez 15 lat. We wrześniu tego roku przyszła pora, by zastąpić je nowymi, bardziej wydajnymi. – Zainwestowałem też w przydomową oczyszczalnię ścieków, z własnym ujęciem bardzo dobrej jakości wody – przekonuje Mizgalski.

Przeglądając roczne rachunki, nadal jednak wyraźnie było widać, że największym problemem są koszty prądu. – Doszedłem do momentu, w którym posiadanie własnego źródła energii elektrycznej stało się nieodzowne – mówi.

Przykład dali Amerykanie

Żona Marcina Mizgalskiego pochodzi ze Stanów Zjednoczonych. Często więc wspólnie odwiedzają rodzinę. - Już lata temu zobaczyłem, że Amerykanie montują na dachach urządzenia, które produkują dla nich prąd. Były to oczywiście panele fotowoltaiczne. Przyglądałem się im z dużą ciekawością. Okazało się, że nie dość, że nie gryzą, to są jeszcze stosunkowo proste i generalnie bezobsługowe.

Już wtedy zrodził się w jego głowie plan, żeby taki wynalazek mieć też u siebie. – Kiedy wróciłem do Polski, okazało się jednak, że fotowoltaika jest u nas koszmarem – cenowym, organizacyjnym i montażowym. Lubię jednak trudne sytuacje, dlatego uparłem się, żeby panele mieć.

Jak przyznaje, zwlekałby z zakupem instalacji fotowoltaicznej dopóty, dopóki takie urządzenia nie stałyby się tańsze. Na szczęście, udało mu się zdobyć dofinansowanie. W dodatku z rolniczego Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich. Podobnie jak na niedawną wymianę kolektorów słonecznych.

– W dużej mierze zadecydowało o tym miejsce, w którym panele miały stanąć. Wieś Chotomów znajduje się na terenie bardzo prężnie działającej Lokalnej Grupy Działania, która miała doskonale napisaną strategię dotyczącą m.in. poszanowania środowiska. Inwestycja promująca zieloną energię świetnie się w nią wpisała, dlatego Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa pozytywnie rozpatrzyła mój wniosek – wyjaśnia.

Budowa elektrowni kosztowała około 80 tys. zł, z czego połowę udało się sfinansować dzięki dotacji. Mizgalski z własnej kieszeni dołożył 25 tys. zł. Resztę uzyskał ze zwrotu podatku VAT.

Czujniki wychwytują promienie

Za te pieniądze nie powstała jednak tradycyjna elektrownia fotowoltaiczna, którą zwykle sytuuje się na dachu domu, ewentualnie na gruncie.

– Miałem świadomość własnych ograniczeń. Podstawowym była bryła domu. Ponieważ przez większość dnia dom jest w dużej mierze zacieniony, chcąc zamontować panele na dachu, musiałbym wyciąć wszystkie drzewa, które sam posadziłem. To nie wchodziło w grę – mówi zdecydowanie. Jak wyjaśnia, okazało się też, że niewielka powierzchnia działki uniemożliwia zainstalowanie paneli na gruncie.

Tak jak w przypadku pompy ciepła i solarów, tym razem również nie obyło się więc bez „wertowania” internetu. – W końcu trafiłem na trackery dwuosiowe, czyli urządzenia podążające za ruchem słońca. To było to! - mówi Marcin Mizgalski. Nowatorskie rozwiązanie było droższe od tradycyjnego montażu paneli, jednak do zakupu trackerów przekonało go to, że zajmą na działce znacznie mniej miejsca, ale przede wszystkim wyprodukują więcej energii.

– Panele, każdy o mocy 6 kWp, zamontowałem na dwóch trackerach. W sumie zajmują 60 m kw. Trackery wyposażone są w czujniki, które wychwytują skąd świeci słońce i ustawiają się w optymalny sposób, czyli prostopadle do padania energii słonecznej – tłumaczy. Twierdzi, że konstrukcja jest całkowicie nieuciążliwa. – Nie słyszę obracających się trackerów. Moi sąsiedzi też się na nie nie uskarżają – zapewnia.

Tracker jako solarna ładowarka

Dzięki trackerom jego panele produkują o 40-45 procent więcej energii niż urządzenia montowane na dachach lub ziemi. W ciągu roku jest to 10 MWh prądu wartego ponad 6 tys. zł. Rodzina Marcina Mizgalskiego zużywa z tego raptem 20 procent. Reszta trafia do sieci energetycznej.

– Podstawową korzyścią moich urządzeń wykorzystujących odnawialne źródła energii jest prawie 90-procentowa obniżka rachunków. Gdy mówię, że dziś za ciepłą wodę, wentylację, ścieki, czy ogrzewanie płacę rocznie około 2 tys. zł, nikt nie chce wierzyć. Bo przecież to mniej niż w przypadku 50-metrowego mieszkania w dużym mieście – podkreśla.

I już myśli jak by tu jeszcze bardziej oszczędzić. – Ludzie często pytają mnie: „a po co panu takie wielkie te panele?” Tłumaczę im, że chodzi nie tylko o prosty zwrot kapitału, lecz także o to, że za 3-4 lata mój lub żony samochód będzie pojazdem elektrycznym. Patrzę więc na swoje trackery nie jako na fanaberię zwariowanego ekologa, ale jako na przyszłą stację ładowania auta – przyznaje Mizgalski.

Już jakiś czas temu przesiadł się zresztą z tradycyjnego na elektryczny rower, a komórkę ładuje za pomocą solarnej ładowarki.

Niezapowiedziani goście

– Trackery dają jeszcze coś, czego z żoną zupełnie się nie spodziewaliśmy – olbrzymi wzrost zainteresowania – nie ukrywa gospodarz. – Początkowo przychodzili do nas tylko sąsiedzi, żeby zobaczyć, co ten facet sobie wybudował. Później założyłem profil na portalu społecznościowym, na którym zamieszczam informacje na temat trackerów. Umożliwiam też podgląd on-line, więc każdy może zobaczyć, jak zachowuje się instalacja, ile produkuje energii. Moim profilem szybko zainteresowało się kilka tysięcy osób. I to ma też przełożenie na życie rodziny. Niektórzy bowiem, niestety, nie zadają sobie trudu, żeby się zapowiedzieć. W sobotnie przedpołudnie podjeżdżają pod bramę i pytają, czy mogą zobaczyć naszą instalację – mówi jej właściciel.

Dodaje jednak, że specjalnie nie broni się przed takimi gośćmi. – Wychodzę z założenia, że warto dzielić się swoją wiedzą i doświadczeniem. Przy kolejnych trzech trackerach, które także dzięki dofinansowaniu postawiłem na sąsiadującej z moją, wydzierżawionej od gminy działce, Greenpeace ustawił przeszklony kontener. Jest w nim laptop z dostępem do internetu. Na tę działkę zapraszam wszystkich, którzy mnie odwiedzają. Opowiadam wówczas o instalacji, każdy może ją obejrzeć, podotykać, posprawdzać wszystko i przekonać się, dzięki specjalnej aplikacji, ile produkuje energii – wyjaśnia Marcin Mizgalski.

Wymuszony rozwój

Zdaniem prekursora z Chotomowa, rozwój rynku OZE w Polsce, a tym samym świadomość obywateli dotycząca „zielonej” energii, dopiero raczkuje.

– Dlatego te wycieczki traktuję jako darmową edukację. Chcę, by ludzie podejmowali mądrzejsze decyzje dotyczące własnych pieniędzy. Być może ktoś, kto ode mnie wyjeżdża, decyduje się na zakup jakiejś instalacji OZE. To budowanie podwalin rynku – podkreśla.

Mizgalski liczy też, że rozrastająca się grupa prosumentów będzie impulsem do zmiany mentalności zakładów energetycznych. – Trochę się już poprawiły, ale i tak przed nimi jeszcze dużo pracy. Niestety, nadal często traktują nas – prosumentów jak, za przeproszeniem, wrzód na tyłku – mówi bez ogródek.

– Na tle innych europejskich państw jesteśmy pod względem energetycznym bardzo zacofani. Mamy sieć, która powstała w latach 70., a więc nie przystaje do standardów rozwijającego się państwa. Takie oddolne wymuszanie rozwoju jest dla zakładów energetycznych kłopotliwe. My – prosumenci wywracamy do góry nogami ich utarte ścieżki – twierdzi Mizgalski i podaje przykład: – Jeśli dotąd dla Kowalskiego wystarczyło założyć licznik za 30 zł, to dziś na licznik elektryczny dla prosumenta zakład musi wydać 2 tys. zł. Jest to więc dla niego nie tylko obciążenie finansowe, ale też... intelektualne – mówi wprost.

– Wcześniej bowiem wystarczyło, żeby elektryk zdjął klapkę, zapiął trzy przewody i założył plombę. Po wszystkim mógł jechać do domu i zapomnieć o tym liczniku na następne 20 lat. Tymczasem teraz, dopiero po założeniu licznika i podłączeniu przewodów zaczyna się „zabawa”. Taki licznik trzeba zaprogramować. W większości są to liczniki zdalnego odczytu, więc zwykle obok nich lub w środku jest modem, który trzeba podłączyć, skonfigurować kartę i dopiero zaplombować. Wyższa szkoła jazdy – żartuje Marcin Mizgalski.

Na wojnie z monopolistą

O spółkach energetycznych Mizgalski nie ma dobrego zdania. Jak twierdzi, to „zasługa” PGE, z którą walczy odkąd postawił pierwsze trackery. - Od początku czułem dużą niechęć ze strony PGE. Nie pozostawałem więc dłużny. Będąc jej klientem dostrzegałem wiele praktyk, które w moim rozumieniu kłócą się z prawami konsumenta. Nie miałem wątpliwości, że PGE będąca monopolistą na lokalnym rynku, nadużywa tej roli – krytykuje koncern Marcin Mizgalski. Wyjaśnia jednak, że osią sporu były stawki.

– Kupując prąd od PGE każdy, co wyraźnie widać na rachunku, płaci 65 groszy za 1 kWh. Poszedłem więc do zakładu energetycznego, by omówić warunki odkupu ode mnie energii wyprodukowanej z paneli fotowoltaicznych. Ku mojemu zdziwieniu, usłyszałem od dyrektora handlowego PGE, że są w stanie zapłacić mi za tę samą energię przez pierwsze pół roku... 12 groszy, ponieważ potraktują moją instalację jako testową. Później zaś mogę liczyć „aż” na 16 groszy. Zapytałem więc dyrektora, czy uważa, że sprzedawanie prądu za 65 groszy, ale odkupywanie go już tylko za 12-16 groszy jest zgodne z warunkami rynkowymi. A on mi na to, że uchwała zarządu nie pozwala mu podpisać ze mną innej umowy. Na tym zakończyliśmy naszą rozmowę – wspomina Mizgalski.

Jak więc dziś wygląda sytuacja? – PGE na mocy prawa miała obowiązek podłączyć mnie do sieci energetycznej, co uczyniła. Musi także odbierać ode mnie energię, co robi od półtora roku. Może także – i mnie również służy takie prawo – zawrzeć ze mną umowę sprzedaży tej energii. Do dziś jednak jej nie podpisaliśmy. Tak więc dominujący na Mazowszu operator od półtora roku kradnie prąd od swojego klienta. W zasadzie jest to nawet kradzież połączona z paserstwem – Mizgalski nie pozostawia na koncernie suchej nitki.

– Przecież PGE ma świadomość, że energia, którą odbiera z mojej instalacji, trafia do lokalnego transformatora, a od niego do moich sąsiadów. I za tę energię, którą PGE bierze ode mnie za darmo, im każe płacić, oczywiście, 65 groszy za 1 kWh – mówi oburzony, dodając, że sprawa prawdopodobnie znajdzie swój finał w sądzie.

Blokują pomysły rządu

Żeby uchronić przyszłych prosumentów przed takimi kłopotami, Mizgalski postanowił zadziałać odgórnie.

– Jeszcze trzy lata temu Prawo energetyczne było całkowicie nieprzyjazne dla takich ludzi jak ja. Uznałem więc, że coś trzeba z tym zrobić. Poszedłem do Parlamentu, do ludzi z ugrupowania, które z nazwy jest obywatelskie. Okazało się jednak zupełnie niezainteresowane problemami prosumentów. Skierowałem więc kroki do ruchu, w którym znalazłem raptem kilka osób zaintrygowanych sprawą. W krótkim czasie udało się jednak zebrać grupę osób z różnych partii, poza PO, które w ciągu roku, ku mojemu zdziwieniu, stworzyły w Sejmie większość potrzebną do przegłosowania tzw. poprawki prosumenckiej, dającej polskiemu obywatelowi szansę na produkcję energii w legalny oraz opłacalny sposób. Po trzech latach batalii doprowadziliśmy do tego, że ówczesny prezydent Bronisław Komorowski podpisał ustawę o OZE wraz z tą poprawką – przypomina Marcin Mizgalski.

– Niestety, 11 dni później Ministerstwo Gospodarki złożyło w Sejmie projekt nowelizacji ustawy, oczywiście, znów utrudniający nam życie i opłacalność produkcji. Jesteśmy dziś na etapie blokowania tego projektu. Wszystko wskazuje jednak na to, że PO już nie zdąży zaszkodzić prosumentom – cieszy się Mizgalski.

Poleć
Udostępnij
Skomentuj
Redakcja działu
"Zielona energia"
Kontakt
Kontakt
Reklama
Reklama