Chiński koncentrat płynie do Europy. Sadownicy mogą mieć kłopoty
sad1
Zdaniem polityków PiS przyszły rok może być bardzo trudny dla sadowników. Foto_Tytus Żmijewski
Rosyjskie embargo pozytywnie wpłynęło na przemiany w polskim sadownictwie. Ale spore problemy w branży mogą rozpocząć się za rok – uważają posłowie z sejmowej komisji rolnictwa.
– Życzę PSL i Platformie, aby miały taki wpływ na Kreml i na politykę pana prezydenta Putina, żeby deklaracjami z Polski odblokować rynek wschodni. Po pierwsze, jest to decyzja KE i nie mieliśmy na to wielkiego wpływu. Zachwyt nad rynkami wschodnimi, który często słyszę ze strony PSL, trochę przypomina zachwyty niektórych rolników nad czasami Gierka – wytykał Jan Krzysztof Ardanowski (PiS).
Podkreślił, że trzeba szukać alternatywnych rynków zbytu wobec wschodniego. Jeżeli będzie taka możliwość, to i Rosjanie kiedyś będą chcieli naszej żywności. Handel powinien odbywać się na normalnych zasadach, a nie politycznych umizgach do Rosji.
Ardanowski zachęcał też, by posłuchać ekspertów od sadownictwa, np. prof. Eberharda Makosza. – Zdaniem tego autorytetu ograniczenie możliwości sprzedaży na Wschód bardzo pozytywnie wpłynęło na przemiany w polskim sadownictwie – dostosowanie odmian, typów produkcji, przetwórstwa, czyli działań, które były zaniedbywane przez lata. Wówczas było bardzo proste rozwiązanie – wywieźć jabłka do Rosji – wyjaśniał.
– Mamy obecnie bardzo dobrą sytuację i myślę, że sadownicy o tym wiedzą – przekonywał z kolei poseł Jan Duda (PiS). I ostrzegał: – Ale problem zacznie się za rok. W tej chwili duże firmy handlujące koncentratem zakupiły ok. 100 tys. ton w Chinach. Płynie on do Europy, ale tak naprawdę na nasz wspólny rynek. Za rok zaczną się poważne problemy, ale o tym nie rozmawiamy, bo jedynym dla was rozwiązaniem są dopłaty, pomoc de minimis. Tylko komu tak naprawdę pomagamy? Rolnikowi, czy dużym koncernom, które skupują za grosze trud pracy sadowników i na tym zarabiają?
Według polityka nie może być tak, że jedynym forsowanym pomysłem jest otwarcie rynku wschodniego dla naszych jabłek.
– Jabłka, które były tam wypychane teraz mogą trafić wyłącznie tylko do przetwórstwa. Tych owoców nikt nie kupi bowiem tak była prowadzona polityka w sadownictwie – tłumaczył przedstawiciel PiS.
Mirosław Maliszewski (PSL) odpierał te uwagi i przypominał, że Rosjanie kupowali od nas milion ton jabłek rocznie.
– To jest nieistotny rynek? Zastąpimy go pewnie rynkami, o których pan minister mówił, czyli Kenii, Zimbabwe, Gambii i jeszcze Angoli. To jest ta perspektywa – kpił polityk ludowców.
- Agrobiznes bez tajemnic. Zamów prenumeratę miesięcznika "Przedsiębiorca Rolny" już dziś
