ASF może ogarnąć cały kraj. Tylko bioasekuracja może zatrzymać wirusa
asf_walka.jpg
Rolnicy są przeciwni zamykaniu małych gospodarstw z trzodą chlewną. Foto_Dariusz Kucman
– Jeżeli nie dopilnujemy, żeby w gospodarstwach nie szerzyła się choroba, niedługo cała Polska będzie ogarnięta ASF. Niczego nie sprzedamy za granicę ani z dużych, ani z małych gospodarstw – ostrzegła Ewa Lech, wiceminister rolnictwa.
Podczas ostatniego posiedzenia sejmowej komisji rolnictwa polityk tłumaczyła, dlaczego rząd znowelizował ustawę o ochronie zdrowia zwierząt oraz zwalczaniu chorób zakaźnych zwierząt.
Dokument ma przede wszystkim zapewnić finansowanie programu dobrowolnych rezygnacji z hodowli świń w gospodarstwach, które nie są w stanie spełniać zaostrzonych warunków bioasekuracji w związku z afrykańskim pomorem świń.
W odpowiedzi na pytania posłów wiceszefowa resortu tłumaczyła, że rekompensaty będą za ten i 2018 rok. Zgodnie z wyliczeniami będzie to 75 zł na jeden cykl produkcyjny (pół roku), czyli 150 zł na rok.
– Oczywiście chodzi tutaj o odszkodowanie za wartość rzeźną, chyba że rolnik pozyska mięso na własny użytek. Też dostanie odszkodowanie za mięso, a mięso pozostanie mu do dyspozycji – wyjaśniała Lech.
Liczba zwierząt obejmowanych rekompensatami będzie liczona m.in. na podstawie pogłowia z 2016 roku. – Na koniec każdego miesiąca dodajemy pogłowie, które jest w gospodarstwie.
Potem liczymy i dzielimy przez dwanaście. Zanim rolnik dostanie odszkodowanie, musi go odwiedzić powiatowy lekarz weterynarii, zrobić kontrolę i spisać liczbę sztuk – sprecyzowała wiceminister.
Rolnik Dariusz Budziszewski pytał, dlaczego państwo przyjmuje, że problem dotyczy tylko i wyłącznie gospodarstw małych lub średnich? – Trzeba po prostu zakatować, trzeba zlikwidować, żeby tego nie było, tak? – dociekał.
Sporo uwag do nowelizacji ustawy miała też Teresa Garland, członkini Terytorialnej Rady Organizacji Pozarządowych.
– Proponujecie ludziom pieniądze na dwa lata, żeby po prostu zrezygnowali z hodowli świń. Dobrze. A co będzie po dwóch latach? Po pierwsze, ludzie po prostu zostaną bez środków do życia. Po drugie, jeżeli chodzi o polskie rolnictwo, prowadzicie bardzo krótkowzroczną politykę zamiast myśleć strategicznie – mówiła.
Jak zaznaczała, polskie małe gospodarstwa mogą być naszą siłą. – Należy je wzmacniać i dotować tak wysoko, żeby były w stanie produkować jak najwięcej, żeby powstawało ich jak najwięcej – zaznaczała Garland.
Aleksander Zaręba, członek NSZZ Rolników Indywidualnych "Solidarność" przypomniał, że średnie polskie gospodarstwo liczy dziesięć hektarów. – O każdym z nich można powiedzieć, że jest małe. Zwykle bywało tak, i chyba tak jest obecnie, że trzoda chlewna jest kierunkiem najbardziej właściwym dla małych gospodarstw. Czy nie jest to zaczynkiem do tego, by małym gospodarstwom zabronić produkowania trzody chlewnej? – wskazywał Zaręba.
Jego zdaniem wielkim problemem jest to, że w Polsce nie maleje populacja dzików, które są odpowiedzialne za roznoszenie wirusa.
Wiceminister Lech odpowiadała, iż to normalne, że rolnik, który ma małe pogłowie, mało środków, nie jest w stanie wypełnić wszystkich zasad bioasekuracji, czyli zabezpieczenia gospodarstwa.
– Jeżeli nie będziemy postępować w ten sposób, to w ogóle żadnej hodowli u nas nie będzie, dlatego że nikt od nas niczego nie kupi. Żadne mięso nie opuści granic, dlatego że ASF będzie się szerzył. Jeżeli gospodarstwo nie jest w stanie zapewnić warunków zapobiegania szerzeniu się choroby, to na jakiś czas powinno być zamknięte – nie ukrywała Lech.
Jak zaznaczała, państwo nie wymusza jednak na rolnikach takiego zamknięcia, lecz daje im szanse na dobrowolną rezygnację z hodowli. – Płacimy za to. Państwo dużym wysiłkiem asygnuje na to bardzo duże kwoty. Jeżeli nie dopilnujemy, żeby w gospodarstwach nie szerzyła się choroba, niedługo cała Polska będzie ogarnięta ASF. Niczego nie sprzedamy za granicę ani z dużych, ani z małych gospodarstw – podsumowała wiceszefowa resortu rolnictwa.
- Książki warte polecenia: Sygnały świń
