Wieś się zmienia. Jak wyżyć ze 100 kur, ze 100 tuczników?
budynki_inwestycje1.jpg
Ponad połowa mieszkańców wsi chce, by fermy od zabudowań dzielił co najmniej kilometr. Foto_Dariusz Kucman
Większość osób wyobraża sobie hodowlę jako przyzagrodową, maksymalnie 100 świń, 100 krów i 200 kurczaków – mówił Jarosław Urbański z Zachodniego Ośrodka Badań Społecznych i Ekonomicznych podczas posiedzenia sejmowej komisji rolnictwa poświęconego koncentracji ferm wielkopowierzchniowych.
Przedstawiciel ZOBSiE zaznaczał, że w ostatnich latach bardzo się zmieniła struktura społeczna wsi.
Przede wszystkim coraz mniejszy odsetek mieszkańców wsi żyje z rolnictwa. Przybywa zaś tych, którzy pracują w innych działach gospodarki.
– Jeszcze na początku lat 90. ponad 46 proc. osób żyło z produkcji rolnej, a dzisiaj możemy szacować, że to jest około 21 proc. Dodatkowo jest też taka tendencja, że dużo osób z dużych miast przenosi się na wieś. Na przykład w Wielkopolsce, która jest centrum produkcji zwierzęcej, od niedawna mamy taką sytuację, że mieszkańców wsi jest nawet więcej niż miast. Tak naprawdę budownictwo deweloperskie jest już obserwowane 50 km od centrum Poznania – wskazywał Urbański.
Jednocześnie zwracał uwagę, że wzrasta nie tylko koncentracja produkcji zwierzęcej, ale też jej wielkość. Od 2004 r. do dzisiaj produkcja żywca miała wzrosnąć o 56 proc.
– Następna kwestia to, jak osoby, które żyją na wsi albo przeprowadzają się na wieś, wyobrażają sobie wieś? Jak ich zdaniem wygląda hodowla? Te osoby często nie pracują w rolnictwie, a zmiany są dość gwałtowne. Wieś wcale nie ewoluuje powoli. To powoduje, że według badań, które miałem okazję robić i w których uczestniczyłem, większość osób wyobraża sobie hodowlę jako w pewnym sensie przyzagrodową – maksymalne powiedzmy 100 świń, 100 krów i 200 kurczaków. My wiemy, że jest radykalnie inaczej – wyjaśniał przedstawiciel ZOBSiE.
Jak dodawał, przeprowadzający się na wieś często wyobrażają sobie, że będzie tam jak na obrazku. Dzieje się tak m.in. dlatego, bo brakuje odpowiedniej dyskusji, a także regulacji.
Jarosław Urbański przywołał też wynik badania z 2019 r. na ogólnopolskiej próbie. Pytano wówczas o minimalną odległość od zabudowy mieszkalnej, w jakiej powinny powstawać fermy przemysłowe.
– Zdecydowana, duża część badanych wówczas odpowiedziała, że to powinno być nawet powyżej 2 tys. metrów, a jeszcze dodatkowa grupa, że od 1 tys. do 2 tys. metrów. Czyli zdecydowanie ponad połowa, i to zarówno mieszkańców ogółem w Polsce i wsi, opowiadała się za odległością zabudowań od fermy na poziomie przynajmniej 1 tys. metrów, a nawet ponad 2 tys. metrów – wyliczał.
– Bardzo uważnie wysłuchałem tej wypowiedzi i chciałbym zadać panu socjologowi pytanie. Nasuwa się jedno zasadnicze pytanie: jak wyżyć ze 100 kur, ze 100 tuczników? Może pan mi da receptę? – dociekał poseł Zbigniew Ziejewski (Koalicja Polska).
I apelował, by zająć się kwestią cen i wyrównać dochody rolników do uzyskiwanych przez mieszkańców miast.
– Ustalmy ceny i zacznijmy od tego, za ile rolnik ma pracować? Pooglądałem przedstawione tabele: 500 metrów – 9 proc., 1 tys. metrów – 20 proc., ale też są głosy 2 tys. metrów od gospodarstwa. A jeżeli rolnik ma siedlisko, swoje gospodarstwo, to teraz musi za wsią kupić kawałek gruntu i tam postawić fermę trzody, bydła lub kurczaków. Kto mu zapłaci za media, za doprowadzenie wody, zrobienie drogi, zrobienie kanalizacji, podciągnięcie prądu? – wytykał poseł.
Przekonywał, że trzeba znaleźć kompromis w takich sprawach. Ale to rolnicy – jako rdzenni mieszkańcy wsi – powinni tam być traktowani priorytetowo.
– Jeżeli już mieszkańcy miast chcą się sprowadzić, to niech oni budują posesje, apartamenty kilometr, dwa kilometry za wsią, a nie w jej środku. To nie tak, że rolnik ma emigrować z własnej wsi, ja tego sobie nie wyobrażam. Powinniśmy przeprowadzić ewentualnie dyskusję na ten temat. Kolega mówił o ustawie odorowej i ja się z tym wszystkim zgadzam. Zapachy są takie, jakie są, a tam, gdzie jest produkcja, tam są zapachy. Ale my ustawą, zapisem nie powinniśmy wyrzucać rolników z ich własnego miejsca zamieszkania. Dochodzimy wręcz do absurdów – stwierdził Zbigniew Ziejewski.


