Copy LinkXFacebookShare

Ryby w Bałtyku są złej jakości. Mięso musi więc sporo kosztować

W Bałtyku coraz trudniej jest złowić dorsza dobrej jakości. Tracą na tym wszyscy – od rybaków po konsumentów bowiem dla jednych ceny są zbyt niskie w skupie, a dla drugich wysokie w sklepach.

O tym, jak ważne są stawki za ryby dla istnienia rybołówstwa mówiono podczas niedawnego posiedzenia sejmowej Komisji Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej. – Jak kreować ceny należy porozmawiać z organizacjami producenckimi. I to my od tego jesteśmy – mówił Marcin Radkowski, prezes Kołobrzeskiej Grupy Producentów Ryb Sp. z o.o., apelując o spotkanie branży z ministrem Markiem Gróbarczykiem.

Pomysł ten poparł Zenon Patryjas, członek Wolińskiego Stowarzyszenia Rybaków. Jego zdaniem podczas rozmów można byłoby ustalić stawki za ryby, zwłaszcza za dorsza i śledzia. – Czy w związku z wprowadzeniem 6 mil strefy ochronnej nie można objąć rybaków ochroną i podwyższyć cen? Okoń kosztuje 6 zł, dorsz 4,5 zł, a kiedy jest większa podaż cena jeszcze spada – narzekał.

Przekonywał, że wskazane byłoby wprowadzenie na trzy lata osłony cenowej, żeby zadowoleni byli rybacy i przetwórcy. – Przetwórcy chcą oferować nam wyższe ceny, ale nie pozwala im na to koniunktura – wyjaśniał Patryjas.

Poseł Dorota Arciszewska-Mielewczyk (PiS), szefowa komisji dociekała, co składa się na cenę, jaką płacimy za kilogram ryby (wynosi 30-40 zł). – Wszyscy narzekają, ale między ceną rybaka, który ma problem, żeby sprzedać rybę, a ceną, którą płaci klient, jest zasadnicza różnica – podkreślała.


– Mówiąc o zarobku rybaka mamy na myśli sprzedaż z burty dorsza patroszonego z głową. Przyjmijmy stawkę 5 zł za kilogram. Kiedy wydajność z 1 kg wynosiła 47-50 proc. otrzymywaliśmy 0,5 kg fileta. Obecnie to tylko 30-35 proc., więc jeśli przetwórca chce pozyskać 1 kg fileta, musi zużyć 3 kg dorsza. Cena wyjściowa wynosi zatem 15 zł. Przetwórca musi przeciąć dorsza, wziąć marżę i wyekspediować dalej. Dorsz zawsze będzie więc kosztować 35-40 zł. Mamy kłopot, by pozyskać rybę dobrej jakości – tłumaczył Jacek Wittbrodt z Zrzeszenia Rybaków Morskich-Organizacji Producentów.

Marek Gróbarczyk, minister gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej, zwrócił uwagę na kiepski obrót rybami w Unii Europejskiej. Wspólnota produkuje ze swoich zasobów ok. 5 mln ton rocznie produktów rybołówstwa, a importuje aż 55 mln ton. – To powoduje, że następuje niekontrolowany napływ towaru i ceny nie są niekontrolowane – zaznaczył polityk.

Szefa resortu – w świetle polityki europejskiej – wskazuje dwa zasadnicze czynniki. – Pierwszy to łańcuch dostawców. Jego skrócenie miałoby wpłynąć na wzrost stawek. Drugi element to polityka centrów handlowych. Dochodzi do przerażających paradoksów, że nie ma ryby, a rybak przywozi ją do portu i nie może sprzedać. Ostatecznie sprzedaje ją po 2,5 zł za kilogram, a w sklepach kosztuje 30 zł.

Gróbarczyk zastrzegł jednak, że oddziaływania państwa w tym zakresie będą ingerencją w wolny rynek i zasady konkurencyjności. – Na pewno musimy wprowadzić bezwzględną kontrolę, by nie pojawiały się niepożądane gatunki ryb. Najwięksi producenci, jak Norwegia czy Islandia, stosują tę prostą zasadę – mówił na koniec minister.

Zobacz nas w Google News

Aktualności

Policjanci odzyskali skradziony ciągnik. Dwie osoby staną przed sądem

Hodowla

Choroba niebieskiego języka. Aż 28 nowych ognisk!