Rdza zżera bezpieczeństwo gospodarstw
straz_pozarna_9dfbb0b0
Hydranty na wsiach to często tylko niezbyt estetyczne "posągi". Bywa tak, że z kilkunastu w danej miejscowości działa zaledwie jeden. Ten temat odbija się jednak szerszym echem dopiero, gdy dojdzie do tragedii.
Na początku tego roku wybuchł pożar we wsi Gutanów (gmina Garbów, woj. lubelskie). Niemalże całkowicie spalił się drewniany dom zamieszkały przez mężczyznę w wieku 67 lat. Niestety, mieszkańca nie udało się uratować.
Jak donosiły lokalne media, na miejsce zdarzenia jako pierwsi dotarli strażacy z miejscowej jednostki OSP. Ale nie mogli rozpocząć akcji, bo hydrant znajdujący się ok. 40 metrów od trawionego przez płomienie budynku okazał się niesprawny. Nie można go było uruchomić.
Gaszenie pożogi rozpoczęło się dopiero po przybyciu jednostek z większych ośrodków, w tym z Lublina, wyposażonych w wóz bojowy z wodą.
Mieszkańcy wsi po wszystkim podkreślali w rozmowach z mediami, że gdyby hydrant działał, być może udałoby się uratować 67-latkowi życie.
Internet jest pełen podobnych, choć mniej tragicznych historii. Można je streścić podobnie: płonie wiejski dom, budynki inwentarskie itp., przybywają strażacy i zaczyna się… szukanie wody. W jednej miejscowości hydrant był usytuowany właściwie tuż przy domu, który stanął w płomieniach, ale z powodu przerdzewienia wypuszczał wodę z dziury przy ziemi zamiast otworem, do którego podłącza się strażackie węże.
W innej lokalizacji, chcąc ugasić płonącą chlewnię, ratownicy jeździli od jednego do drugiego hydrantu, szukając takiego, w którym woda ma odpowiednie ciśnienie.
Niestety, rzadko konserwowane, zardzewiałe, czasem zarośnięte chwastami hydranty to zmora zwłaszcza na obszarach wiejskich, stanowiąca zresztą ogromne zagrożenie dla mieszkańców i ich majątku. Spać spokojnie nie mogą na pewno rolnicy, zwłaszcza że współczesne gospodarstwa są pełne różnorakiego sprzętu, urządzeń i narażone tym samym na ogromne straty.
W miastach z hydrantami też bywa kiepsko, ale opieka nad nimi z reguły jest lepsza. Poza tym miejskie i powiatowe komendy mają na wyposażeniu wozy bojowe przewożące wodę.
Problemy z hydrantami potwierdzają na internetowych forach strażacy-ochotnicy. "Przyznam się, że na naszym terenie jest dużo hydrantów, ale…. większość nie działa (ze starości)" – pisze jeden z nich. Inny dodaje: "Jednych nie da się odkręcić nawet po użyciu młotka, inne w ogóle nie trzymają ciśnienia. Ich rozkład to też parodia".
Co mówi prawo? Zgodnie z rozporządzenie ministra spraw wewnętrznych i administracji z 2003 r. w sprawie przeciwpożarowego zaopatrzenia w wodę oraz dróg pożarowych, "hydranty zewnętrzne powinny być co najmniej raz w roku poddawane przeglądom i konserwacji przez właściciela sieci wodociągowej przeciwpożarowej".
Tymi właścicielami w większości przypadków są gminy, choć nierzadko oddają sieć w zarząd wyspecjalizowanym podmiotom. Nie zwalnia to jednak ich z obowiązku nadzoru. W praktyce wygląda to tak, że owe przeglądy wykonywane są albo od przypadku do przypadku, albo wcale. Tylko część samorządów o nich pamięta.
Gmina Karniewo na Mazowszu umieściła przejrzysty raport z tegorocznego przeglądu hydrantów na swoim portalu informacyjnym. Dokonywali go w lipcu, wrześniu i październiku druhowie z OSP przy pomocy sołtysów.
Członkowie komisji nie ukrywają, że niektóre hydranty "były zarośnięte krzewami i chwastami, a ich umiejscowienie w żaden sposób nieoznaczone". Podane przez nich liczby muszą budzić trwogę. Z 545 sprawdzonych hydrantów niesprawnych było 226, czyli 41,5 proc.
"Najgorsza pod tym względem sytuacja jest na terenie wsi Słoniawy (teren działania PUK Maków Maz., tj. bez hydrantów przy DK60), gdzie w dniu 15.09 br. na 18 sprawdzonych hydrantów niesprawnych było 17, sprawny był tylko 1 oraz wsi Obiecanowo, gdzie w dniu 21.09 br. na 17 hydrantów niesprawnych było 14, sprawnych 3" – można przeczytać w raporcie.
W zamieszczonych tam wnioskach wspomniano o zaległościach w konserwacji niektórych hydrantów czy np. braku dostępu do tzw. zasuwy z powodu ułożenia tam pryzmy kamieni lub płodów rolnych.
