Nie chcą budowy nowych kurników, dlatego zablokowali drogę
blokada_drogi_mlawa_8_518ea929
Foto_Dariusz Kucman
"Ich zysk, nasz smród", "Dla was to biznes, nam chodzi o życie", "Zdrowie ludzi ważniejsze niż kury" – takie hasła pojawiły się na transparentach uczestników protestu przeciwko ekspansji kurzych ferm. Odbył się on w piątek na krajowej drodze nr 7 pod Mławą na Mazowszu.
Pikieta została przeprowadzona w dwóch miejscowościach – Uniszkach Zawadzkich i Wiśniewie. W obu wioskach przeciwnicy kurników blokowali czasowo ruch na "siódemce", chodząc po przejściach dla pieszych. Wszystko zabezpieczała powiadomiona wcześniej policja.
Jak podkreślał w rozmowie z dziennikarzami Robert Maciej Jankowski, główny organizator protestu, była to forma sprzeciwu wobec nadmiernej koncentracji wielkich kurników na terenie północnego Mazowsza.
– W powiecie jest ponad 500 kurników, planuje się 140 kolejnych – mówił Jankowski o sytuacji na ziemi mławskiej, wymieniając miejsca kolejnych planowanych inwestycji tego typu. Przypomniał, że kurniki mają zostać zbudowane m.in. w pobliżu Krajowego Ośrodka Mieszkalno-Rehabilitacyjnego dla Osób Chorych na Stwardnienie Rozsiane (SM) w Dąbku (reprezentacja tej znanej nie tylko w kraju placówki brała udział w pikiecie w Wiśniewie). [Pisaliśmy o tym]
– Przecież tam się ludzie chorzy leczą. To jeszcze im dołożyć smrodu, tak? A takie ośrodki zdaje się są tylko dwa w Europie. Przyjeżdżają tu ludzie z zagranicy się leczyć. Świetna wizytówka dla Polski – mówił z przekąsem Jankowski.
Twierdził, że średnia produkcja zwierzęca na powiat w Polsce nie przekracza 10 tysięcy DJP (dużych jednostek przeliczeniowych). A jedna taka duża ferma może mieć 6 tys. DJP. Takich ma powstać w okolicach jeszcze kilka. – To znaczy że ile mamy przyjąć tych DJP: 30,40, 50 tysięcy? – pytał retorycznie organizator protestu.
Jak zaznaczał, takie fermy to nie jest rolnictwo. – A jeżeli tak, to niech ich właścicieli obowiązują takie same przepisy jak rolników. Bo rolnik, który ma 100 krów, obornik od nich musi w 70 proc. zagospodarować na własnym areale, czyli musi mieć te kilkadziesiąt hektarów ziemi ornej. Oni ("kurnikarze" – red.) przy dużej fermie, gdyby obowiązywała ich taka ustawa, musieliby mieć chyba 2,5 tys. hektarów – tłumaczył Robert Maciej Jankowski.
Według niego i innych protestujących, ustawodawca musi dostrzec problem, bo póki co jest on zamiatany pod dywan.
– Będziemy żądali, żeby pani premier nas przyjęła. Nie będziemy rozmawiać "na dole", bo to nic nie daje. Fermy drobiu muszą oczywiście być, ale 3 czy 5, a nie 20-30. Powinny być osłaniane lasami i tworzone w zgodzie i porozumieniu z mieszkańcami okolicy – mówiono podczas pikiety.
Zarówno w Uniszkach, jak i w Wiśniewie, miały jednak miejsce także kontrmanifestacje, które tworzyli przede wszystkim pracownicy ferm. Przynieśli transparenty z hasłami typu "Chcemy pracować, nie emigrować", "Kocham mój kraj, chcę tu zostać" czy "Nowoczesne polskie rolnictwo – kto jest temu przeciwny?".
– Walczymy o miejsca pracy, są to firmy z polskim kapitałem. Chcemy pokazać, że na fermach można godnie pracować, dobrze zarobić. I protestujemy przeciwko takim akcjom, które niszczą polską gospodarkę – podkreślano po stronie kontrprotestu.
Padały głosy, ze wieś jest od tego, by odbywała się tam m.in. produkcja zwierzęca. A uciążliwości zapachowe są tylko od czasu do czasu, gdy z kurników wywożony jest obornik, który zresztą chętnie jako nawóz wykorzystują okoliczni rolnicy. Poza tym, by drób był później relatywnie tani, musi być produkowany na dużą skalę.
