Młodzi uciekają ze wsi. Kto przejmie gospodarstwa?
nastepcy.jpg_f542f27e
Młodzież nie garnie się do przejmowania gospodarstw. Foto_Dariusz Kucman
– Zmarnowania takiej gospodarki Pan Bóg by nie darował – mówił Jerzy Turek, wcielając się w postać rolnika w filmie "Kogel-mogel". Okazuje się, że problemy ze znalezieniem następców, którzy przejmą prowadzenie gospodarstwa, ciągle są aktualne.
Wszystkie badania socjologiczne prowadzone na polskiej wsi wskazują na problemy związane z masową emigracją młodych osób. Część z wyjeżdżających rzeczywiście nie może liczyć na poprawę bytu, pozostając w rodzinnym gospodarstwie o zaledwie parohektarowym areale.
Nie brakuje jednak młodych mieszkańców, którzy po prostu nie chcą zostać na wsi, choć mogliby prowadzić tam w miarę dostatni żywot.
O problemie braku następcy w gospodarstwie przekonaliśmy się podczas rozmów z rolnikami na północnym Mazowszu, gdzie dominują gospodarstwa rodzinne nastawione przede wszystkim na produkcję mleczną.
Jednym z nich jest pan Zenobiusz, hodowca bydła mlecznego z powiatu mławskiego, który z żoną wychował troje dzieci, w tym dwóch synów.
– Trochę z małżonką jesteśmy podłamani. Mamy już swoje lata, emerytura tuż-tuż bo około półtora roku. Ale chyba nadal przyjdzie mi gospodarzyć – wzdycha gospodarz i już z uśmiechem na twarzy dodaje: – Bo wie pan, tak jak w tym filmie mówili – zmarnowania takiej gospodarki to Pan Bóg by nie darował.
Nasz rozmówca opowiada, że córka (najmłodsza w rodzinie) kończy Akademię Wychowania Fizycznego w Warszawie i już zapowiedziała, że na pewno nie wróci.
Młodszy syn z kolei poświęcił się informatyce. – Mówi, w gospodarstwie to może co najwyżej komputery poinstalować. Pracę ma za dobre pieniądze, podróżuje po świecie, więc też nie wróci. A wydawało mi się, że do rolnictwa smykałkę miał największą z pociech – wspomina pan Zenobiusz.
Najstarszy syn osiadł co prawda w sąsiedniej wsi, ale wybrał mechanikę pojazdową. – Pomaga mi kiedy może, ale gospodarki nie przejmie. Być może chociaż formalnie, wtedy będziemy z żoną gospodarzyć dopóki sił wystarczy. Obcemu przecież nie oddam, a przy sprzedaży, to serce by się krajało – rozkłada ręce rolnik.
Stado 80 zdrowych krów, nowa obora, odświeżony sprzęt, w tym dwa nowe ciągniki oraz wóz paszowy i blisko 50 hektarów własnej ziemi – z gospodarstwa o tej zasobności i potencjale na pewno można spokojnie wyżyć.
– Pretensji do dzieci mieć nie mogę, radzą sobie w życiu i wybrały własną drogę. Ja ziemię ukochałem jak mój ojciec i widocznie na tym pokoleniu się to zatrzyma. Chyba, że któreś z wnucząt będzie lgnęło do rolnictwa – mówi gospodarz.
Podobny kłopot ma rolnik z sąsiedniego powiatu żuromińskiego. Ma dwóch synów po studiach w Toruniu – jeden został w tym mieście, drugi wylądował w Gdańsku. – Byłem przekonany, że jeden obejmie po mnie gospodarkę i będzie te rodzinne tradycje kontynuować – przyznaje.
Na to jednak się nie zanosi. – Pomagam dzieciom finansowo, dałem na mieszkania, biorąc trochę kredytu. Małżonka mnie przekonuje, że oni tam będą mieli lepiej, że nie będą tak ciężko pracować jak na roli – mówi rolnik.
Ubolewa, że praca na roli nie jest doceniana. – Jak jestem mieście, to słyszy się, że teraz rolnikom jest łatwiej, bo jest sprzęt i rękoma się nie robi. Bzdura. Nadal ręcznie się wiele rzeczy robi, chyba że ktoś jest milionerem – wskazuje nasz rozmówca.
Sam gospodaruje na ok. 70 ha (część w dzierżawie). Ma dwie nowoczesne obory (jedną nowa, jedną zmodernizowaną), cztery ciągniki i sporo innego sprzętu. Dla kogo to pozostanie?
– Na razie dajemy z żoną radę, a po cichu liczę, że któryś z synów jednak z tego miasta wróci. A jak nie, no cóż, gdy sił przestanie starczać, trzeba będzie produkcję wygasić. Już teraz nie rozwijam stada, a po brakowaniu, które teraz mam przeprowadzić, nie będę uzupełniał składu – wyjaśnia na koniec rolnik.
