Copy LinkXFacebookShare

Hodowcy stracili świnie, ale nie dostali za nie pieniędzy

Hodowcy i producenci trzody chlewnej z województwa lubelskiego, między innymi z miejscowości Parczew, Gęś i Dawidy, wiele razy głośno mówili już o swojej trudnej sytuacji, która wynika z ograniczeń i zakazów związanych z afrykańskim pomorem świń.

– W moim gospodarstwie ognisko zostało stwierdzone 10 sierpnia. Ale czy na pewno ono wybuchło? To już jest sporna kwestia – mówi Dawid Szypulski z miejscowości Dawidy.

Hodowca wcześniej zgłosił swoje stado liczące 14 sztuk do programu przeznaczonego dla hodowców, którzy utrzymywali do 50 sztuk świń. Chciał je poddać ubojowi i otrzymać za nie rekompensatę jako formę wyrównania utraconych dochodów. W międzyczasie stwierdzono u niego ognisko. W związku z wystąpieniem choroby zakaźnej otrzymał decyzję nakazującą ubój zwierząt w jego gospodarstwie.

Przed ubojem sanitarnym w gospodarstwie Dawida Szypulskiego została przeprowadzona kontrola, na podstawie której nie stwierdzono uzasadnionych logicznie uchybień z zakresu bioasekuracji.

– Mimo to najpierw otrzymałem pismo z którego dowiedziałem się, że w związku na zawiłość sprawy termin wypłaty odszkodowania został wydłużony o 30 dni – mówi hodowca.

W kolejnym piśmie rolnik otrzymał odmowną decyzję w sprawie przyznania mu odszkodowania. Od tej decyzji nie przysługuje mu odwołanie.

Dariusz Kowalczuk z Dawid poddał się dobrowolnemu ubojowi świń.

– Kiedy w sąsiednim gospodarstwie wybuchło ognisko wiedziałem, że nie spełnię wymagań bioasekuracji. Utrzymywałem świnie i bydło w jednym budynku. Nie mogłem ich oddzielić ani przenieść do osobnych obiektów. Przedstawiciele inspekcji weterynaryjnej przyjechali do mnie i zapewniali, że w ciągu miesiąca otrzymam odszkodowanie za ubite świnie. Mam na to świadków – mówi hodowca.

Zwierzęta, w sumie 61 sztuk, zostały ubite 1 sierpnia. Przez ponad dwa miesiące rolnik czekał na pieniądze. 16 października otrzymał decyzję odmowną.

– Tylko jeden z hodowców, którzy uczestniczyli w lipcowej blokadzie w Dawidach, otrzymał odszkodowanie za ubite świnie. Pozostali otrzymali decyzje odmowne. Czy to jest przypadek? Nie sądzę – mówi jeden z rolników, który prosił o zachowanie anonimowości.

– Wiem jedno, jeśli w naszej gminie pojawi się kolejne ognisko to wszyscy staniemy murem i nie pozwolimy wybić świń, dopóki hodowca nie będzie miał decyzji o wypłacie odszkodowania – mówi Dawid Szypulski.

– Hodowcy z zachodniej Polski uważają, że bioasekuracja może niemal w 100 proc. zabezpieczyć gospodarstwa przed ASF-em. Byliśmy na wielu spotkaniach i słyszeliśmy różne opinie na ten temat, ale także na nasz. Dowiedzieliśmy się, że rolnicy na wschodzie Polski są ciemni, zacofani, a świnie biegają po lasach. To dla nas bardzo krzywdzące – mówi Sławomir Czech, hodowca trzody chlewnej z Parczewa.

Szerzenie się wirusa ASF, zdaniem rolników z woj. lubelskiego, nie jest spowodowane przez małe gospodarstwa. Ogniska wybuchały w większych hodowlach, a dopiero później w małych. Niestety została narzucona pewna narracja i cały czas trwa nagonka na takie obiekty

– Mieliśmy otrzymać zwrot części kosztów poniesionych na przystosowanie obiektów do zasad bioasekuracji. Aby ubiegać się o pieniądze w gospodarstwie musi być utrzymywana co najmniej jedna świnia. Tymczasem w naszej okolicy jest wielu rolników, którzy kupili maty, ogrodzili chlewnie, a służby wybiły im wszystkie zwierzęta lub zabroniły nowych wstawień – tłumaczy hodowca, który prosił o anonimowość.

– Wybijcie dziki a odczepcie się od ludzi. To nie my roznosimy wirusa ASF. Kiedy nastąpiła zmiana na stanowisku ministra rolnictwa nowy szef resortu mówił, że wśród żołnierzy, policjantów i leśników jest około 12 tys. myśliwych, którzy zostaną zmobilizowani do prowadzenia intensywnego ostrzału. Minęło kilka miesięcy i nadal czekamy na te działania – mówią zgodnie hodowcy z woj. lubelskiego.

Hodowcy podkreślają, że niemal każdego dnia muszą się mierzyć z trudnościami wynikającymi z nałożonych na nich przepisów. Jednym z nich jest badanie próbek krwi od świń przeznaczonych na sprzedaż. Jego ważność wynosi 15 dni.

– Lekarze weterynarii, którzy pobierają próbki krwi od zwierząt, wchodzą do każdego gospodarstwa. Stanowią więc zagrożenie. Wcześniej mogli być np. w lesie czy w innych obiektach, gdzie znajdował się wirus – mówi Dawid Szypulski.

Rolnik zapytał kiedyś jednego z lekarzy weterynarii czy w sytuacji gdy udają się oni do ogniska ASF istnieją konkretne procedury, których muszą przestrzegać w celu zapobiegania rozprzestrzeniania się wirusa. Okazuje się, że nie zostały one nigdzie zapisane.

Hodowcy trzody chlewnej każdego dnia boją się, że ASF zabije ich świnie.

– Kiedy rano wchodzę do chlewni najpierw klaszczę w dłonie i krzyczę, żeby zobaczyć czy wszystkie sztuki się poderwą, czy żadna z nich nie leży martwa – mówi Marek Romańczuk, hodowca z Parczewa.

Jaka przyszłość czeka hodowców i producentów świń z Parczewa, Dawid i sąsiednich gmin?

– Rozmawiam z kolegami, w okolicy których 1,5 roku temu zostały stwierdzone ogniska. Większość z nich zmierza do likwidacji, zmniejszają wielkość produkcji. Mieli po 30-40 macior, a teraz mają po kilka sztuk – mówi Sławomir Czech.

Zdaniem rolników z woj. lubelskiego hodowla trzody chlewnej na tym terenie zmierza do całkowitego wygaszenia. Prawdopodobnie zostanie ona zastąpiona przez tucz kontraktowy.

  • Cały artykuł na temat problemów, jakie napotykają hodowcy i producenci trzody chlewnej w woj. lubelskim można znaleźć w najnowszym numerze Hoduj z Głową Świnie 6/2018. ZAPRENUMERUJ

Zobacz nas w Google News

mleko, skup mleka, skup mleka 2026, produkcja mleka, rynek mleka, mleczarstwo, GUS, Eurostat,
Hodowla

Skup mleka w 2026 r. Produkcja nadal rośnie

Aktualności

Dyrektywa UE ws. emisji zagraża rolnikom. Co na to MRiRW?

Alarm dla producentów trzody, obawy hodowców, ASF, ASF na Węgrzech, afrykański pomór świń, trzoda chlewna, świnie, bioasekuracja
Aktualności

Alarm dla producentów trzody. ASF na Węgrzech w stadzie świń